czwartek, 19 lutego 2015

I jeszcze więcej noży...

"Korona w Mroku"
Sarah J. Maas
"Żałowała, że wydostała się z Endovier. Wolałaby umrzeć tam."
(Drobna uwaga: Nie polecam czytać recenzji osobom niezaznajomionym z pierwszym tomem)

"Nigdy nie wybaczę. Nigdy nie zapomnę."
 Coś, co miało być nagrodą, okazało się kolejnym ciężarem i kłamstwem dorzuconym do puli sekretów, jakie skrywa Celaena. Można powiedzieć, że przywykła do życia w pałacu, w którym każdy jej ruch jest obserwowany. To nie jej największy problem. 
Okazuje się, że mimo lat praktyki rola Adarlańskiej Zabójczyni może okazać się trudna. Zwłaszcza, jeśli dostaje się rozkaz pozbycia się jednego ze... znajomych z poprzedniego życia. Życia, które Celaena za wszelką cenę chce zostawić za sobą, jednocześnie nie zapominając.
W tym wszystkim swoje miejsce znajduje jeszcze magia, mroczna i potężna, wymykająca się spod kontroli, grożąca czymś strasznym. A bliska jest ona nie tylko Celaenie. 

"Cóż ja narobiłam?"
Cudna, świetna, fantastyczna, bla, bla, bla...
Znając życie macie już dość mojego obsesyjnego wychwalania tej serii pod niebiosa, więc tym razem postaram się skupić na szczegółach.
 Celaena jest Adarlańską Zabójczynią. Fajnie.
Co chwilę dostaje nowe zlecenia, przynoszące jej góry złota.
Jeszcze fajniej.
Schemat jest prosty; wyrusza na misję, robi, co musi, przynosi królowi głowę. Kropka.
Oczywiście nie powinno być to problemem dla dziewczyny, która odkąd pamięta była szkolona na zabójczynię w jednej z najlepszych Gildii w królestwie.
Nie powinno.
Ale...

"Jestem tchórzem i uciekam od tak dawna, że zapomniałam, na czym polega walka."
 Celaena nigdy nie była tą bezduszną, zimną, okrutną osobą, za jaką wszyscy ją mieli. Za jaką zaczynała uważać się sama. Ten, kto się wczytał dobrze wie, że pod pewną maską Adarlańskiej Zabójczyni kryje się złamana, skrzywdzona dziewczyna skłonna do uczuć silniejszych niż niejeden człowiek, bojąca się je wypuścić w obawie przed kolejnym ciosem z zewnątrz.
W tym tomie zostało to ukazane jeszcze wyraźniej, mieliśmy do czynienia z Celaeną oddaną przyjaciołom bez reszty, ale też bez przesady. Na wierzch wychodzi jeszcze więcej jej sekretów.
W pewnym momencie budzi się w niej natura osoby zdolnej do wszystkiego, by tylko ochronić tych, których kocha. W książkach często zdarzają się takie sytuacje, czyniąc z bohaterów rozmokłe, urocze osóbki, nie myślące o niczym innym niż o swojej wielkiej, niegasnącej miłości.
Jakimś cudem tu nie dzieje się nic takiego. Celaena nadal pozostaje sobą, po prostu jest trochę bardziej skłonna do przyznania, że kogoś potrzebuje i nadal potrafi komuś zaufać. Przyglądamy się jej relacjom z Chaolem (czasem nawet bardziej niż mniej), Dorianem i Nehemią. Ta ostatnia bardzo przyciągęła moją uwagę, bo, jak już wielokrotnie wspominałam, ciepło odbieram motyw przyjaźni w książkach. A ten właśnie rozwija się tu coraz bardziej, ujawniając zażyłość między dwoma dziewczynami.
Co do pozostałych relacji... Cóż, z jakiegoś powodu napisałam, że z Chaolem spotykamy się tam często. Okazuje się, że zagmatwane serduszko Celaeny bije mocniej jednak w jego obecności. Owszem, jak na razie ten tom zawiera najwięcej czułych słówek i maślanych oczu, ale obiecuję, to, co dzieje się potem, wynagradza te coraz częstsze momenty ciągnące się jak przesłodzony budyń. Chociaż muszę przyznać, że nie zawsze są one naładowane wszystkim i przyprawiające o mdłości. Czasem nawet mnie łezka się w oku zakręci, a serduszko mocniej zabije. Oczywiście bez przesady.
 Fanów Doriana pocieszam, bo chociaż nadzieja na wszelkie romantyczne zażyłości między nim a zabójczynią zażegnana, pani Sarah znalazła inny problem, który odwraca naszą uwagę od księcia skazanego na bycie wiecznym singlem. Oczywiście nie zdradzę, jaki to problem, ale uprzedzę, że kiedy dobrnęłam do momentu, w którym wszystko staje się jasne, krzyczałam głośniej niż po Gwiazd Naszych Wina. (jakkolwiek płytkie by to nie było.)

"Zawsze będziesz moim wrogiem." 
 Natomiast pod koniec już darłam się jak opętana i nie chciałam przestać. Zapamiętajcie sobie dobrze ten cytat, będzie Was prześladował. Początkowo w głowie ma się zbyt duży mętlik, żeby zrozumieć cokolwiek, ale kiedy wszystko się wyjaśnia (oczywiście w ostatnim zdaniu, pozostawiając nas w niepewności, no bo jak), czytamy tę stronę w kółko i w kółko, szukając następnego rozdziału, epilogu czy czegokolwiek. A następny tom jeszcze daleko, daleko...
Ludzie w autobusie zdziwili się, kiedy "Korona w Mroku" przeleciała im przed oczami. Na ich zdziwione spojrzenia wzruszyłam tylko ramionami i odparłam: "Skończyłam książkę".
Normalnie nie toleruję rzucaniem lekturami ani zadawaniem im jakichkolwiek, nawet przypadkowych obrażeń, ale istnieją pewne wyjątki, do których drugi tom Szklanego Tronu z pewnością się zalicza. Obiecuję emocje, depresję i odliczanie do "Dziedziczki Ognia".
Ale obiecuję też, że przeczytać warto :)
~ Luck

P.S. Zwiastun głowy nie urywa, ale macie dla zasady. Ignorujcie wszystkie opinie typu "Nowa odsłona Igrzysk Śmierci", bo podobne to w ogóle nie jest i nie wiem, skąd takie podejrzenie. Bohaterki mogłyby się dogadać, ale fabuła... No, z resztą, zobaczcie sami :)


0 komentarze:

Prześlij komentarz