niedziela, 18 stycznia 2015

"Nie patrz na mnie"


"If you can take it, you can make it."
 Rok 1943. II Wojna Światowa. Znajdujemy się na pokładzie Liberatora B-24, bombowca Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Bombardowanie Nauru, Japońskiej wyspy.
W samolot trafia pocisk. Potem drugi. I jeszcze jeden. Hamulce ulegają awarii. Do lądowania potrzeba 3 km. Pas startowy ma niecałe 2. Nie ma szans na bezpieczne lądowanie.
Jednak to nie najgorsza sytuacja, w jakiej znalazł się Louis Zamperini.
Kiedyś największym problemem była dla niego policja. Później zawody sportowe.
Niegdyś serce wyrywało mu się z piersi, gdy jechał na Igrzyska Olimpijskie.
Parę lat później przestawało bić, gdy otrzymywał kolejny cios od "Ptaka".
Historia o człowieku, który przeżył więcej niż ktokolwiek z nas byłby w stanie. Wytrwał dłużej niż to w ogóle możliwe. Zniósł więcej niż powinien.
Oglądaliście "Życie Pi"? Współczuliście mu, gdy musiał przeżyć na środku oceanu, jedząc tylko ryby?
Dołóżcie do tego służbę w wojsku, miesiące w niewoli i traumatyczne przeżycia, które zabiłyby każdego przeciętnego człowieka, a otrzymacie namiastkę fabuły tego filmu. 
Brat zawsze powtarzał mu, by był dzielny. By się nie poddawał. 
Ale wtedy nie wiedział, że za parę lat stanie się to dla niego mottem, które utrzymało go przy życiu.

"Jeśli wszyscy Japończycy tak strzelają, to może wygramy tę cholerną wojnę."
 Kiedy wychodziłam z domu, nie wiedziałam, jaki film obejrzę. Rodzice po prostu wyciągnęli mnie z pokoju i poinformowali, że jedziemy do kina. Nie znałam nawet tytułu.
Dlatego kiedy zobaczyłam na ekranie wielki napis "Niezłomny", zaczęłam zastanawiać się, czy to dobrze, że z nimi pojechałam.
Przestałam dwie minuty później.
Historia człowieka, o którego istnieniu nie wiedziałam, póki nie zasiadłam w kinowym fotelu wciągnęła mnie tak bardzo, że nie umiałam się otrząsnąć.
Nawet, kiedy przeczytałam, że film ten został nakręcony na podstawie biografii Louisa Zamperiniego , nie wierzyłam, że na jedną osobę może spaść tyle tragedii.
A ja nie jestem osobą, która wierzy, że życie jest szczególnie łaskawe.
Gdyby to była zwykła, wymyślona historia, uznałabym, że wszystkiego tam za dużo, że autor przegiął, że poniosła go wyobraźnia. Ale to zdarzyło się naprawdę. Przypomnienie sobie o tym jeszcze bardziej podsyca gotujące się w nas emocje i przyprawia o dreszcze.
Oczywiście, wiele faktów może być inwencją reżyserki, ale ogólny zarys i sedno historii są jak najbardziej prawdziwe. To przerażające.
Przyznaję, film mógłby być odrobinę krótszy. Nie chodzi o to, że sceny były przeciągnięte. Jednak pod koniec, gdy napięcie zaczęło opadać, wróciłam do rzeczywistości i przypomniałam sobie, że siedzę na fotelu w kinie, nie w obozie koncentracyjnym gdzieś w Japonii.
 Opis fabuły jest taki, jaki jest. Nie powiem nic więcej, bo nie chciałabym psuć wrażenia wszystkim, którzy skłoniliby się do obejrzenia tego filmu. Wiele rzeczy mnie zaskoczyło, dlatego nie mam zamiaru odbierać przyjemności niczego nieświadomym widzom. 
Powiem jeszcze tylko, że warto go zobaczyć. Udało mi się nie popłakać i do dzisiaj jestem z siebie dumna. Nieraz w ciągu trwania seansu zapiekły mnie oczy. No i przegryzłam sobie wargę.
Tak,warto było wydać 7 zł więcej na bilet z powodu braku legitymacji. Nie żałuję. 
I gwarantuję, że Wy też nie będziecie.
~ Luck


Przepraszam, że po angielsku, ale zagraniczny jest zdecydowanie lepszy.

P.S. Polecam "Miracles" od Coldplay, leci na końcu filmu :)





0 komentarze:

Prześlij komentarz