piątek, 20 lutego 2015

Błądząc w zaspach

"Black Ice"
Becca Fitzpatrick

"- Niech cię piekło pochłonie!
- Wybacz, kochanie, ale już w nim jesteśmy."
 Jaka jest lepsza pora na utknięcie samochodu w miejscu, o którym świat zapomniał?
Oczywiście śnieżyca.
Taki los na loterii wygrały Britt i Korbie, jadąc na krotkie wakacje do Idlewidle, górskiej posiadłości rodziców jednej z nich. Britt postawiła sobie za wyzwanie przejście z plecakiem cały łańcuch górski Tenton. W efekcie skończyła w zaspie.
A mogła wybrać Hawaje.
Los uśmiecha się do nich (z ironią), gdy niecałą godzinę drogi od porzuconego jeepa znajdują zamieszkałą chatkę. Drzwi otwierają dwaj przystojni chłopcy. Lepiej być nie mogło.
Tak przynajmniej wydaje im się, póki młodzi gentelmeni nie wyciągają broni.
Na szczęście nie są psychopatycznymi mordercami, czerpiącymi przyjemność ze związywania zagubionych dziewczyn. Nic z tych rzeczy. Panowie chcą tylko zaproponować im pewien... układ.
 Jak zdradza opis zamieszczony z tyłu książki i intuicja, Britt przystaje na ich warunki i zgadza się wyprowadzić ich z gór. Jeszcze przed świtem wcieli się w rolę zakładniczki i wyruszy w ciemny las z dwoma nieznajomymi porywaczami. Oni mają pistolet. Ona zdrowy rozsądek.
W tej beznadziejnej sytuacji wszystko, co ma to kłamstwa, rozum i dodająca sił nadzieja, że Calvin, brat Korbie, a były chłopak Britt w końcu je odnajdzie.
Ale czas leci, zbiedzy się niecierpliwią, a odsieczy brak.
 Wyjeżdżając z domu, Britt nie sądziła, że jej kilkumiesięczny trening i zaradność będą jedynym, co pomoże jej w utrzymaniu przy życiu. A przynajmniej ma nadzieję, że tak będzie.

"- Nienawidzę cię.
- Tak, to już ustaliliśmy. Chodźmy."
 W tym sezonie autorzy jakoś dziwnie uczepili się motywu śnieżnej zamieci, dziwnych zbiegów okoliczności i nastolatek uwięzionych w jednym budynku z (zazwyczaj przystojnymi) chłopakami.
 Becca Fitzpatrick również postanowiła się w niego zagłębić, tworząc postać Britt, śmiałej, zapartej i poradnej dziewczyny z Idaho. Dorzuciła jej też płytką koleżankę, której niewyparzona buzia się nie zamyka i dwóch, (a właściwie to trzech, bo gdzieś tam jest jeszcze Calvin) chłopaków, oczywiście  atrakcyjnych, starszych od niej i na swój sposób pokręconych.
A spróbuj, człowieku, szukać takiego zestawu w realnym świecie.
Wracając do tematu, już na około pięćdziesiątej stronie dziewczyny siedzą związane, z pistoletem wycelowanym w różne ważne części ciała. Britt się denerwuje, Korbie nie zamyka, a Shaun i Mason, bo tak brzmią imiona naszych dwóch kryminalistów, mają ich po dziurki w nosie.
Jednak ktoś musi im pomóc wydostać się z gór. I tu reflektor kieruje się z powrotem na Britt - słabo doświadczoną, ale jednak, traperkę, znającą te góry jak własną kieszeń.
Po kilku kłótniach i groźbach, wielka trójka w końcu wychodzi w zamieć, zostawiając, (dzięki Bogu) "chorą na cukrzycę" Korbie w domu. Alleluja.
Później jest już standard. Idą i idą, i idą, znajdują chatkę, znowu gdzieś idą.
 Po pewnym czasie główną bohaterkę dopada syndrom sztokholmski i zaczyna ciągnąć ją w stronę jednego z dwóch panów. Mason od początku wydawał jej się inny i mimo, że z początku próbowała flirtować z Shaunem (kiedy jeszcze nie wiedziała, że jest zbiegłym kryminalistą), to teraz swoje zainteresowanie skupia właśnie na wysokim szatynie. Żeby było ciekawiej, sama zaczyna się o owy syndrom podejrzewać, jednocześnie wracając myślami do swojego byłego, który według jej pokręconego serca wcale nie jest były i wołając jego imię przez sen. Czasami nawiedzają ją wspomnienia związane z nim, jej ojcem czy Korbie. To właśnie one najbardziej przyciągnęły moją uwagę.

"Jezus kazał przebaczać bliźnim, ale w niektórych przypadkach dopuszczalne są chyba odstępstwa od tego przykazania."
 Powiem tak: Nie lubię Cala, nie znoszę Korbie, Britt często mnie denerwuje. Mason ma swoje momenty, jednak z biegiem czasu coraz częściej zaczyna robić się po prostu mdły. Światełkiem w tunelu bywa Shaun, ale to może być wina mojego wrodzonego zamiłowania do czarnych charakterów.
 W całości troszeczkę dopatruję się "Szeptem", Britt przypomina Norę, Kelsey jest jak tysiąc razy bardziej denerwująca Vee, Mason bywa jak Patch, który postanowił zostać artystą i zaczął miewać melancholijne napady. Momentami wydawało mi się, że pani Becca próbowała z niego zrobić kogoś na kształt Jeva - mrocznego, tajemniczego, z pozoru nieprzeniknionego, ale... Ale. Nie zawsze jej się to udawało
Nie twierdzę tutaj, że historia jest taka sama, bo nie jest, ale dopatrzyłam się znanych charakterów w wymienionych wyżej postaciach. Może to po prostu ich nowa odsłona?
 Britt czasem wydaje się płytka, najczęściej na samym początku i we własnych wspomnieniach, ale w ekstremalnych sytuacjach potrafi się zdyscyplinować i sprytnie wybrnąć z najcięższych kłopotów.
To ratuje ją w moich oczach, jednak ze smutkiem przyznaję, że Korbie nie pomoże już nic. Może po prostu nie lubię zadufanych, stereotypowych dziewczynek? Albo denerwuje mnie jej wiecznie niezamykająca się buzia i nijaki charakter. Nie wiem. W każdym razie nie przekonałam się do niej do końca książki.
 Wbrew pozorom, fabuła nie okazuje się całkowicie banalna. Wiele się nie dzieje, ale nie jest też nudno. Powiedziałabym: stabilnie. Serce zaczyna bić dopiero na sam koniec, kiedy Britt wykazuje się bystrością i orientuje o rzeczach, które przeciętny czytelnik wie, albo chociaż podejrzewa od dawna. Wtedy zostajemy zbombardowani wieloma zwrotami akcji naraz i naprawdę zastanawiamy się, co będzie dalej. Tak to przynajmniej wyglądało w moim przypadku.
 Podumowując, nie będę wspominać tej lektury jakoś szczególnie czule, ale nie powiem też, że żałowałam czytania jej czy mi się nie podobała. Ma swoje mocne strony takie jak wątek kryminalistyczny, skłaniający do myślenia i zadawania pytań. Parę razy pojawia się motyw trzech dziewczyn zamordowanych w tajemniczych okolicznościach i to własnie ta jedna rzecz trzyma w napięciu. Słabo, bo słabo, ale zawsze.
 Nie polecam jej zagorzałym fanom kryminałów i powieści detektywistycznych, bo gwarantuję, że nie zaspokoi ich wyrafinowanych potrzeb, ale jeśli ktoś szuka lektury do poduszki lub lekkiej pozycji na chłodne, zimowe wieczory, to książka właśnie dla niego. Szału nie ma, głowy nie urywa, ale dostarcza nowej historii. Kto wie, może kogoś nawet zainspiruje?
~ Luck

P.S. Zwiastun zakrawa na trailer horroru i jest trochę przydługawy, ale oczywiście go wrzucam, no bo jak. Swoją drogą, cieszę się, że nie zmienili tytułu na jakieś "Czarne Dni", "W śnieżnej pułapce" czy jeszcze coś innego. Oryginał zawsze najlepszy :)







czwartek, 19 lutego 2015

Jak sława uderza do głowy :)

"Look"
Sofia Benett


                           


,,Bo kiedy twoja rodzona matka zaczyna opowiadać ci o twoim wewnętrznym pięknie, oznacza to, że twój los został przesądzony."

 Ted to jedna z tych dziewczyn, dla których ciuchy i makijaż to zło ostateczne. Interesują ją drzewa, rysowanie, muzyka, ludzie, ale nie zakupy. Zamiast brwi ma blond gąsienicę, a jej włosy wyglądały na głowie jak niedokończone ptasie gniazdo. Nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach nogi wyglądały jak zwisające nitki spaghetti. Jakże wielkim zdziwieniem okazuję się fakt, iż interesuje się nią największa agencja modelek w Londynie! Modeling to ostatnia rzecz o jakiej marzy główna bohaterka.. w przeciwieństwie do swojej siostry. Ava to zupełne przeciwieństwo Ted. Szczupła, niewysoka w porównaniu do głównej bohaterki, wysportowana blondynka.

,,Świat stanął na głowie. Nie byłam na to gotowa"
 Każdy był w szoku, kiedy okazało się, że ta młoda i piękna dziewczyna jest chora. ,,To chłoniak [...] To rak, kochanie." Dlaczego życie jest aż tak niesprawiedliwe, by karać tych, co najmniej na to zasługują? Ted coraz bardziej zastanawia się nad podjęciem ważnej decyzji. Czy jest w stanie podołać tak wielkiemu zadaniu i pomóc w spełnieniu marzeń siostry? W końcu podejmuje decyzję i idzie na spotkanie do agencji modelek, by chociaż w ten sposób pomóc ukochanej siostrze.

,,Po prostu dotarło do mnie, że spędziłam ten dzień po złej stronie obiektywu."
 Książka Sophii Bennett pt. ,,Look" jest powieścią, opowiadającą przez jakie etapy musi przechodzić człowiek chory na raka, a także jego rodzina. Ted jest totalną ,,latarnią"; wysoka i potężna. Ma własne, cudowne pasje, ale daje się wciągnąć w nie swój świat. Uważam, że w tej książce zachowuje się jak chorągiewka... Na początku w ogóle się nie docenia, a z czasem zaczyna coraz bardziej w siebie wierzyć, co jest naprawdę w porządku. Bardzo jednak irytuje mnie fakt, że staje się zupełnie inną osobą! Niezbyt podoba mi się ta książka. Może wpadnie w gust dziewczynom, które podnieca taka okazja, by stanąć przed obiektywem i stać się gwiazdą. Szczerze mówiąc, już bardziej urzekła mnie historia chorej miłości, czyli ,,Gwiazd Naszych Wina". Nieoczekiwane zwroty akcji, wiele łez i śmiechu! Uważam, że właśnie tego brakuje opisywanej przeze mnie powieści. Niemniej jednak nie uważam, by ,,Look" było kompletną klapą, książka na wolny weekend ;)

P.S. Samsung nie płaci mi za reklamę :D Może powinni...? :D

I jeszcze więcej noży...

"Korona w Mroku"
Sarah J. Maas
"Żałowała, że wydostała się z Endovier. Wolałaby umrzeć tam."
(Drobna uwaga: Nie polecam czytać recenzji osobom niezaznajomionym z pierwszym tomem)

"Nigdy nie wybaczę. Nigdy nie zapomnę."
 Coś, co miało być nagrodą, okazało się kolejnym ciężarem i kłamstwem dorzuconym do puli sekretów, jakie skrywa Celaena. Można powiedzieć, że przywykła do życia w pałacu, w którym każdy jej ruch jest obserwowany. To nie jej największy problem. 
Okazuje się, że mimo lat praktyki rola Adarlańskiej Zabójczyni może okazać się trudna. Zwłaszcza, jeśli dostaje się rozkaz pozbycia się jednego ze... znajomych z poprzedniego życia. Życia, które Celaena za wszelką cenę chce zostawić za sobą, jednocześnie nie zapominając.
W tym wszystkim swoje miejsce znajduje jeszcze magia, mroczna i potężna, wymykająca się spod kontroli, grożąca czymś strasznym. A bliska jest ona nie tylko Celaenie. 

"Cóż ja narobiłam?"
Cudna, świetna, fantastyczna, bla, bla, bla...
Znając życie macie już dość mojego obsesyjnego wychwalania tej serii pod niebiosa, więc tym razem postaram się skupić na szczegółach.
 Celaena jest Adarlańską Zabójczynią. Fajnie.
Co chwilę dostaje nowe zlecenia, przynoszące jej góry złota.
Jeszcze fajniej.
Schemat jest prosty; wyrusza na misję, robi, co musi, przynosi królowi głowę. Kropka.
Oczywiście nie powinno być to problemem dla dziewczyny, która odkąd pamięta była szkolona na zabójczynię w jednej z najlepszych Gildii w królestwie.
Nie powinno.
Ale...

"Jestem tchórzem i uciekam od tak dawna, że zapomniałam, na czym polega walka."
 Celaena nigdy nie była tą bezduszną, zimną, okrutną osobą, za jaką wszyscy ją mieli. Za jaką zaczynała uważać się sama. Ten, kto się wczytał dobrze wie, że pod pewną maską Adarlańskiej Zabójczyni kryje się złamana, skrzywdzona dziewczyna skłonna do uczuć silniejszych niż niejeden człowiek, bojąca się je wypuścić w obawie przed kolejnym ciosem z zewnątrz.
W tym tomie zostało to ukazane jeszcze wyraźniej, mieliśmy do czynienia z Celaeną oddaną przyjaciołom bez reszty, ale też bez przesady. Na wierzch wychodzi jeszcze więcej jej sekretów.
W pewnym momencie budzi się w niej natura osoby zdolnej do wszystkiego, by tylko ochronić tych, których kocha. W książkach często zdarzają się takie sytuacje, czyniąc z bohaterów rozmokłe, urocze osóbki, nie myślące o niczym innym niż o swojej wielkiej, niegasnącej miłości.
Jakimś cudem tu nie dzieje się nic takiego. Celaena nadal pozostaje sobą, po prostu jest trochę bardziej skłonna do przyznania, że kogoś potrzebuje i nadal potrafi komuś zaufać. Przyglądamy się jej relacjom z Chaolem (czasem nawet bardziej niż mniej), Dorianem i Nehemią. Ta ostatnia bardzo przyciągęła moją uwagę, bo, jak już wielokrotnie wspominałam, ciepło odbieram motyw przyjaźni w książkach. A ten właśnie rozwija się tu coraz bardziej, ujawniając zażyłość między dwoma dziewczynami.
Co do pozostałych relacji... Cóż, z jakiegoś powodu napisałam, że z Chaolem spotykamy się tam często. Okazuje się, że zagmatwane serduszko Celaeny bije mocniej jednak w jego obecności. Owszem, jak na razie ten tom zawiera najwięcej czułych słówek i maślanych oczu, ale obiecuję, to, co dzieje się potem, wynagradza te coraz częstsze momenty ciągnące się jak przesłodzony budyń. Chociaż muszę przyznać, że nie zawsze są one naładowane wszystkim i przyprawiające o mdłości. Czasem nawet mnie łezka się w oku zakręci, a serduszko mocniej zabije. Oczywiście bez przesady.
 Fanów Doriana pocieszam, bo chociaż nadzieja na wszelkie romantyczne zażyłości między nim a zabójczynią zażegnana, pani Sarah znalazła inny problem, który odwraca naszą uwagę od księcia skazanego na bycie wiecznym singlem. Oczywiście nie zdradzę, jaki to problem, ale uprzedzę, że kiedy dobrnęłam do momentu, w którym wszystko staje się jasne, krzyczałam głośniej niż po Gwiazd Naszych Wina. (jakkolwiek płytkie by to nie było.)

"Zawsze będziesz moim wrogiem." 
 Natomiast pod koniec już darłam się jak opętana i nie chciałam przestać. Zapamiętajcie sobie dobrze ten cytat, będzie Was prześladował. Początkowo w głowie ma się zbyt duży mętlik, żeby zrozumieć cokolwiek, ale kiedy wszystko się wyjaśnia (oczywiście w ostatnim zdaniu, pozostawiając nas w niepewności, no bo jak), czytamy tę stronę w kółko i w kółko, szukając następnego rozdziału, epilogu czy czegokolwiek. A następny tom jeszcze daleko, daleko...
Ludzie w autobusie zdziwili się, kiedy "Korona w Mroku" przeleciała im przed oczami. Na ich zdziwione spojrzenia wzruszyłam tylko ramionami i odparłam: "Skończyłam książkę".
Normalnie nie toleruję rzucaniem lekturami ani zadawaniem im jakichkolwiek, nawet przypadkowych obrażeń, ale istnieją pewne wyjątki, do których drugi tom Szklanego Tronu z pewnością się zalicza. Obiecuję emocje, depresję i odliczanie do "Dziedziczki Ognia".
Ale obiecuję też, że przeczytać warto :)
~ Luck

P.S. Zwiastun głowy nie urywa, ale macie dla zasady. Ignorujcie wszystkie opinie typu "Nowa odsłona Igrzysk Śmierci", bo podobne to w ogóle nie jest i nie wiem, skąd takie podejrzenie. Bohaterki mogłyby się dogadać, ale fabuła... No, z resztą, zobaczcie sami :)


wtorek, 17 lutego 2015

Niewola, śmierć i noże



"Światło i mrok. Życie i śmierć. Gdzie jest moje miejsce?"

"Najprawdziwszym złem na świecie są czyny człowieka."
"Nie będę się bać." Te słowa towarzyszyły Celeaenie Sardothien przez ostatni rok jej życia, od rana do zmroku, od zmierzchu do świtu. Z kopalni soli w Encdovier nie wyniosła jedynie blizn po biczowaniu znaczących jej plecy, otrzymała również te głęboko zakorzenione w jej sercu, nawiedzające ją z każdą chwilą, nie pozwalające zmrużyć oka.
 Odebrano jej wszystko, nie zależy jej na niczym. Nawet przetrwanie kolejnego dnia zaczyna stawać się dla niej czymś odległym, nieistotnym.
 Zakapturzony mężczyzna z królewskimi emblematami na mundurze może okazać się jej nadzieją na nowe życie. Zwłaszcza, kiedy otwiera usta i oznajmia, że przyszedł ją uwolnić. 
 Celaena dostaje propozycję rozkaz - udział w królewskich zawodach lub powrót do dożywocia. Decyzja wydaje się prosta. Wydaje się.
 Bo co, jeśli król organizujący turniej jest tyranem niezdolnym do odbierania jakichkolwiek ludzkich uczuć? 
 Zabójczyni musi wybrać między jedną sytuacją bez wyjścia a drugą. W obu z nich największe prawdopodobieństwo stanowi śmierć. Tu już nie chodzi o honor, nadzieję czy rozsądek.
To odebrano jej dawno temu. Chodzi o zemstę, której pragnie odkąd przekroczyła granice. Nie tylko  te w Endovier.  
 Bo pozostaje jeszcze pytanie:
 Jak straszną zbrodnię trzeba było popełnić, by wylądować na dożywociu w jednym z najokrutniejszych więzień świata? I dlaczego ośmieliło się zrobić coś takiego?

"Mam mózg po to, aby osądzać i budować opinie."
 Znowu: jeśli ktoś oczekuje subiektywnej opini, to lepiej niech od razu to wyłączy, teraz nawet prędzej niż zwykle. Bo ostrzegam, to jedna z moich ulubionych książek, co oznacza, że trochę się nad nią popastwię.
 Cud, miód i orzeszki. Tylko tak mogę to skomentować.
 Odkąd przeczytałam tę książkę i poznałam Celaenę, przeszłam na zupełnie nowy poziom (i nowe wymagania), jeśli chodzi o książki fantasy. I w ogóle książki.
 Zacznijmy od głównej bohaterki. Chyba nikogo już nie zdziwi to, że jestem w niej bezgranicznie zakochana. Silna. Uparta. Odważna. Zniszczona, skrzywdzona i oszukana, jednak wciąż zdolna do kochania, śmiania się, nawet zaufania. Jakimś cudem pani Sarze udało się połączyć to wszystko, jednocześnie nie robiąc z tego szablonu, prostoty, schematu, którego nikt nie chciałby czytać. 
 Od tamtej pory, gdy widzę gdzieś słowo "Assasin", chwytam to, cokolwiek by to nie było i biegnę do kasy. Chyba szukam czegoś, co mogłoby dorównać Szklanemu Tronowi i ukochanej Celaenie. 
Ze smutkiem muszę przyznać, że jeszcze mi się nie udało.

"Przeżyła Endovier, jednak wciąż była zdolna się śmiać."
Wiecie, co w tej książce chwyciło mnie i nie chciało puścić?
Miłość Celaeny do błyskotek.
Ona kocha wytworne suknie. Kocha biżuterię. Kocha wymyślne fryzury, kocha bale, przyjęcia i dobrą zabawę. Kocha tańczyć, flirtować i poznawać ludzi. Kocha piękno.
Jest moim dokładnym przeciwieństwem. Sama nienawidzę tego wszystkiego, a jednak potrafię ją zrozumieć. Potrafię spojrzeć na świat turkusowym okiem dziewczyny, która przeżyła to, co przeżyła, siedząc w różnych rodzajach niewoli; czy to we wspomnianym Endovier czy w Gildii Zabójców Arobynna. Ona nadal potrafi dostrzegać tę lepszą stronę świata. Nadal potrafi cieszyć się, gdy dostanie ciasto czekoladowe czy psa. To coś niesamowitego.
 Sama akcja również bardzo wciąga. Początkowo wszystko kręci się głównie wokół królewskiego turnieju, do którego osłabiona ciężką pracą i głodem Celaena musi się ostro przygotować. Później jednak na jaw wychodzą inne wątki, których tematyki zdradzić na tym etapie nie mogę, ale powiem tylko, że z czasem stają się nawet bardziej zajmujące niż zjazd wszystkich najlepszych morderców w kraju. A to chyba coś mówi.

"Wkrótce zasnął, lecz przez całą noc widział we śnie dziewczynę która patrzy na gwiazdy, oraz gwiazdy spoglądające na dziewczynę."
Wątek miłosny przedstawiony został w postaci trójkątu, a przynajmniej tak to wygląda dla kogoś, kto książki jeszcze nie czytał. Dorian - Chaol - Celaena, książę, zabójczyni i kapitan straży. Niby to proste, niby nieskomplikowane, a jednak nie wyjaśnię tego teraz, bo po prostu nie wiem jak. Wszyscy z tej trójki zostali kiedyś na swój sposób skrzywdzeni, więc teraz mają poważny problem z ufaniem ludziom. Każde z nich nie do końca rozumie swoje uczucia, co wiąże się oczywiście z ukrywaniem ich. Jest to jednak tylko dopełnienie, muśnięcie pędzelka na całym obrazie i nawet mnie, która za romansami nie przepada, trudno jest sobie wyobrazić tę lekturę bez odrobiny miłości. 

"Czy ty kiedykolwiek robisz coś innego od czytania?"
 Samo zakończenie przyprawia o dreszcze i pozostawia niedosyt, który uzupełnić można jedynie drugim tomem. Na koniec wspomnę jeszcze o zamiłowaniu Celaeny do książek, kiedyś czytała bardzo dużo i urzekła mnie jej radość, gdy odkryła, że może robić to znowu. To samo w sobie czyni z niej wartościową i godną uwagi bohaterkę. Także... Kończę mój wywód, wybaczcie jego długość, chciałam jak najlepiej oddać klimat i problematykę tej książki. I tak pominęłam mnóstwo rzeczy, napisałam o tych najistotniejszych, więc sami widzicie, jak rozbudowana jest ta lektura. O dziwo, nie przyprawia o zawroty głowy i nie zostawia nas w ciemnym lesie, pędząc dalej z własną akcją. 
 Polecam, polecam bardziej niż czekoladę Wedla. Bardziej niż kakao Nesquika.*
 Uczciwie mogę powiedzieć, że jak na razie to moja ulubiona ze zrecenzowanych tu książek. 
~ Luck

* Audycja zawierała autolokację produktu.

P.S. Zwiastun, zwiastun, zwiastun :)



Prawidziwe szczęście nie trwa wiecznie...




,,Nucę piosenkę, jakby jej tekst skrywał instrukcje,muzyczną mapę z zaznaczonym miejscem i trasą, jak tam dotrzeć."

 Mia pochodzi z bardzo muzycznie uzdolnionej rodziny. Jej ojciec grał z zespole rockowym, którego mama była najwierniejszą fanką, a Teddy- młodszy brat głównej bohaterki gra na perkusji. Mia również chciała zostać rockmanką, do czasu aż w trzeciej kalasie, na lekcji muzyki odkryła wiolonczelę, czując, że jej powołaniem jest jednak muzyka klasyczna. Ważną osobą w życiu głównej bohaterki jest jej chłopak, Adam. To taki wyluzowany gość z subtelnymi tatuażami, w rurkach, czarnych trampkach i zwyczajnych znoszonych punkrockowych T-shirtach. Zupełne przeciwieństwo Mii, lecz łącząca ich miłość opotrafi pokonać wszystkie przeciwności.

,,Każdy związek jest trudny. Tak jak w muzyce, czasem zdarza się harmonia, a kiedy indziej kakofonia."

 Życie głównej bohaterki staje pod wielkim znakiem zapytania, kiedy to jadąc z rodziną samochodem dochodzi do wypadku. Jej rodzice giną na miejscu, brat odnosi ciężkie obrażenia, a ona zostaje zupełnie sama, odseparowana od swojego ciała. Widzi wszystko co sie dzieje, sanitariuszy próbujących ponownie tchnąć życie w jej rodziców, uratować brata. Z początku nie jest w stanie zrozumieć co się stało oraz jak do tego doszło.|

,,To nie zależy od doktorów. Nie zależny od nieobecnych aniołów. Nie zależy nawet od Boga, który jeśli istnieje, nie przebywa akurat w okolicy. To zależy ode mnie."

 Dziadkowie, pielęgniarki, wszyscy ludzie, którzy ją odwiedzają, pomagają jej uświadomić sobie, że to, czy się obudzi, zależy wyłącznie od niej samej. Ale czy warto wrócić, jeśli cały nasz świat legł w gruzach? Czy warto wracać do czegoś, czego już nie ma i nigdy nie wróci?

,,Uświadamiam sobie nagle, że umieranie jest proste. To życie jest trudne."

,,If I Stay", bo tak brzmi orginalny tytuł owej książki, wycisnęła ze mnie potok łez. Może to przez sam fakt, że muzyka odgrywa w moim życiu tak wielką rolę jak u bohaterów powieści, może to przez to, że sama chciałabym żyć w takim otoczeniu jak główna bohaterka... Nie potrafię teraz określić, dlaczego akurat ta książka wzbudziła we mnie tak silne emocje. Mia ma u swego boku rodziców*, którzy wspierają ją w jej wyborach, niezależnie od ich własnych przekonań. Z resztą jak to możliwe, że w rodzinie rockmanów córka gra na wiolonczeli?  Chłopak Mii, Adam, również bardzo ją wspiera. To właśnie on pokazał jej, że muzyka to nie tylko kontrasty, że gitara może idealnie współgrać z wiolonczelą i dawać tak wiele radości. Mnie osobiście książka przypadła do gustu. Uważam, że idealnie ukazuje prawdziwe problemy (nie w stylu: "O nie.. kogo mam wybrać?! Wampira, czy wilkołaka?!). Polecam ją każdemu, kogo kręcą książki opowiadające o sytuacjach, które mogą się zdażyć na prawdę i nie jestesteśmy w stanie przewidzieć tego, kiedy nadejdą.
~Just

*miała

P.S. Od siebie dorzucam oczywiście zwiastun. Kategorycznie odmówiłam publikowania tego posta pod tytułem "Zostań, jeśli kochasz", który, przysięgam, nie mam pojęcia, skąd się wziął, ale nie przyjmuję go do wiadomości. Ja też gorąco polecam, płakałam na najbardziej niedopowiednich momentach (no bo co smutnego jest w Mii jedzącej obiad?). I ostatni przekaz ode mnie: "Miłość to dziwka". Pozdrawiam :)
~Luck

poniedziałek, 16 lutego 2015

Upadłe anioły, miłość i głodna przyjaciółka






"Pamiętaj, że człowiek zmienia się, jednak jego przeszłość nigdy."
Główną bohaterką książki Fitzpatrick pt. ,,Szeptem" jest Nora Grey, która mieszka w starym domu na odludziu. Ma 16 lat i chodzi do liceum na Maine, czyli miejscowości w której sama mieszka. Jej najlepszą przyjaciółką jest Vee Sky, grubsza, odważna i żądna przygód dziewczyna, która zawsze czuwa przy boku Nory. Zmienia się to, gdy Nora jest zmuszona siedzieć na biologii z niejakim Patchem, nieziemsko przystojnym chłopakiem, który na pierwszy rzut oka wydaje się tajemniczy, a zarazem groźny. Owe przeczucia nie mylą głównej bohaterki. Nie jest w stanie przestać myśleć o nowym koledze, a jego tajemniczość staje się denerwująca.

Upadłe anioły to wynik gniewu Boga, który, karząc za zaniedbanie obowiązków, obdarł je ze skrzydeł i wypędził na zawsze z niebiańskich przestworzy. Anioły strącone z wyżyn stały się istotami niższej rangi, demonami. Odtąd błądzą po ziemi w poszukiwaniu ciał, którymi będą mogły sterować i które przyjdzie im dręczyć.

Nieziemski i onieśmielający Patch okazuje się upadłym aniołem.

Wszystko zaczyna plątać się jeszcze bardziej, gdy spotykając owianego mgłą tajemnicy Elliota, który wyraźnie uwodzi Norę. To chłopak z niejasną przeszłością, podejrzany o zabójstwo uczennicy w poprzedniej placówce. Główna bohaterka nie wie przed kim tak właściwie ma się bronić – przed Patchem, przy którym żywiej bije jej serce, przed natarczywym Elliotem.

"Powiedz jeszcze raz "prowokujesz". Prowokująco układasz przy tym usta."
Książka jest przepełniona po brzegi opisami ładnego, paranormalnego chłopaka, do którego główna bohaterka wzdycha dniami i nocami. Jej życie w cale się nie wyróżnia, szkoła-dom-zadania domowe-spotkania z przyjaciółką. Uważam, że jej najlepsza przyjaciółka Vee byłaby lepszym kandydatem na głównego bohatera.. jest szalona i spontaniczna w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki. Fabuła jest moim zdaniem nudna... nie ma nic wybiegającego poza schemat.

Nie wiem czy polecić tę lekturę... Ja osobiście nie wytrwam do końca serii, ale jeśli spodobał Wam się mój opis przedstawiony we wstępie to naprawdę się cieszę :)

P.S.- Przepraszam Was za moją tak długą nieobecność. Moja kochana Luck w końcu mnie zmotywowała do działania i nie mam zamiaru znów opuszczać Was na dłużej :*
~Just

Biała Karta


"- Jestem gotów.
- Na co?
- Na wszystko."
 Pan Kacper uczy historii. Oczywiście nie zdaje sobie sprawy, że kiedyś ludzie będą wspominali jego osobistą historię. Żyje sobie normalnie, jedząc pizzę i zupki z puszek, jak na porządnego kawalera przystało. Do czasu.
 Nie mówię tu o zmianie sposobu życia. Kacper nadal żyje o pizzy i zupkach z puszki - jedyny problem polega na tym, że teraz zaczyna mieć trudności z odróżnieniem pomidorowej od kremu z groszku. Wszystkiemu winne jego oczy - ostatnimi czasy coraz częściej buntują się, robiąc go w tak zwanego "konia". Kacper lubi być samowystarczalny i nie chce, by ktokolwiek poznał jego sekret. Nie pozwoli, by tracenie wzroku w jakikolwiek sposób zaważyło na jego lubelskiej rzeczywistości.
 Jest jednak pewien haczyk.
 Jeśli dyrektorka liceum, w którym pracuje główny bohater dowie się o jego problemie, zostanie natychmiast wydalony ze szkoły. Istnieje bowiem pewna zasada, mówiąca, że osoby niewidome i słabowidzące nie mogą pracować w placówkach edukacyjnych. Zwłaszcza, jeśli nie przyznają się dobrowolnie. 
 Życie Kacpra ulega nieodwracalnym zmianom - coraz szybciej i szybciej. Musi nauczyć się funkcjonować jak niewidomy, jednocześnie tak nie wyglądając. Więcej, musi pogodzić się z tym i zacząć "współpracować" z samym nowym sobą. Dodatkowe bonusy stanowią niedawno otrzymane wychowawstwo klasy maturalnej, koleżanka z pracy i przyjaciel borykający się ze swoimi problemami. Wspomnę tylko, że ten ostatni jest jedyną osobą, której Kacper powierzył swój sekret. Obiecał, że nikomu nie powie. Ale jak długo można udawać, zwłaszcza w sprawie tak poważnej jak ta?

"Wyobraź sobie. Wyrzucają cię z pracy. Nigdy już nie przeczytasz książki. Nie pograsz w grę."
Widziałam wiele negatywnych recenzji. Uważam, że są one uzasadnione, natomiast sama nie podzielam ich poglądu. Może to ze względu na mój młody wiek, może jeszcze nie rozumiem świata, ale mogę szczerze powiedzieć: podobał mi się ten film.
 Nawet nie próbuję wyobrazić sobie, jak to jest nie móc zobaczyć świata. Nigdy nie nosiłam nawet okularów, nie mam więc bladego pojęcia o rozmazanych literach na tablicy czy nieczytelnym plakacie, co dopiero o całkowitej ciemności. 
 Zdaję sobie również sprawę, że niesamowicie trudno musi być wcielić się w rolę osoby tracącej wzrok komuś, kogo własne oczy funkcjonują bez zarzutu. I tu właśnie składam wielki ukłon w stronę Andrzeja Chyry, bo jak najbardziej temu zadaniu podołał. 
 Jeśli jesteśmy już przy obsadzie, zaintrygowała mnie grająca Klarę Eliza Rycembel. Podobała mi się sama jej relacja z filmowym Kacprem, a wsparta jej unikalnym talentem stworzyła postać, która niewątpliwie do mnie przemówiła. Biorąc pod uwagę jej młody wiek, należą jej się oklaski.
 Ale nie samą grą aktorską film żyje.
 Nie chcę, żeby wyszło, że tylko chwalę wszystko, co widziałam i nie mam żadnych zarzutów (chociaż tak jest, ale zostawmy na razie moje niesubiektywne opinie), ale co mogę powiedzieć. To film, który koło dzieł Polańskiego czy twórczości Różewicza sprawia, że możemy się czuć dumni z naszej polskości, chociaż przez chwilę. Nie porównuję oczywiście Carte Blanche do klasyków, broń Boże. Po prostu potwierdzam fakt, że nie wszystko co polskie to szmelc, a to jedyna metafora jaka przyszła mi do głowy. 
 Mnie jako uczennicy gimnazjum oczywiście bardzo bliski jest temat szkoły. Relacja Kacpra z uczniami, innymi nauczycielami i sam fakt pracy w liceum zagrał w fabule dużą rolę. A ponieważ byłam jedyną osobą na sali, która nie pisała jeszcze matury, w momencie sceny z egzaminami przeszedł mnie dreszczyk emocji. 
 Jeśli ktoś jest zmęczony jednorazowymi komedyjkami czy filmami o niczym, powinien zajrzeć na salę kinową opisaną tytułem Carte Blanche. Nie gwarantuję, że się spodoba, bo tego zaświadczyć nie mogę i móc nigdy nie będę, ale zapewniam, że zostanie w sercu i skłoni do przemyśleń. Zwlaszcza, że został oparty na prawdziwej historii prawdziwego mężczyzny, który, uchylę rąbką tajemnicy, nadal pracuje w lubelskiej szkole. 
~Luck

P.S. Kimże bym była, nie dodając zwiastunu :)


piątek, 13 lutego 2015

Tam, gdzie czas płynie inaczej


"Utrata wspomnień to jak utrata części duszy."
Na swoje szesnaste urodziny Meghan dostaje wycieczkę do NigdyNigdy, krainy zamieszkanej przez Fae. Z takim prezentem można być prawie pewnym, że następnej rocznicy się już nie dożyje. 
 Meghan musi wytrzymać tak długo, by znaleźć młodszego brata i przyprowadzić go z powrotem do domu. Oczywiście nie jest sama. Towarzystwa dotrzymują jej przyjaciel Puck (tak, ten od Shakespeara), obciążony przysięgą Ash i Grimalkin - wielki, gadający, puchaty kot. Jest jeszcze wszystko, co kryje się w cieniu, obserwując, nigdy nie spuszczając z nich wzroku...
 Ta książka to podróż przez trzy królestwa - trzy zupełnie inne światy. Każdy z nich równie drapieżny i niebezpieczny. Kłamstwo jest niemożliwe. Każda obietnica to świętość. Uczucie to słabość. Dzień może okazać się wiekiem. Przyjaciel wrogiem. Tutaj nie ma miejsca dla niczego nieświadomej ludzkiej dziewczyny. Tym bardziej na jakikolwiek błąd. 
 Meghan musi nagiąć wszystkie granice i uwierzyć w to, co powinno być niemożliwe. Odkryje, że istnieją rzeczy, których utrata jest gorsza niż odebranie samego życia. Będzie musiała zadbać o to, żeby odkryć ich jak najmniej.

"Ale pamiętaj - za wiedzę trzeba zapłacić."
 Muszę przyznać, że to jedna z bliższych mi książek. Często sięgam po nią i po raz kolejny czytam ulubione fragmenty, choć minął już ponad rok, odkąd pierwszy raz wzięłam ją do rąk. 
 Jest dosyć lekka, akcja toczy się w czasach teraźniejszych, więc łatwo dociera do współczesnego czytelnika. Meghan to zwykła nastotoletnia dziewczyna, która chce zaimponować chłopakowi w szkole. Denerwuje ją to, że nie stać jej na technologiczne nowinki czy nawet nowe ubrania. Niczym się nie wyróżnia, ginie w tłumie, w szkole nikt nawet nie zna jej imienia. Cały czas czuje, że nie pasuje do reszty. Nudzi ją rzeczywistość, ale nigdy nawet nie myśli o tym, żeby zrobić coś, co mogłoby ją złamać. Jest po prostu normalna.
 Podoba mi się jej przemiana. Z kapryśniej, wiecznie niezadowolonej, czasem nawet płytkiej dziewczyki wyrasta na stanowczą i zdecydowaną osobę. Jej stare problemy takie jak brak komórki czy nieodwzajemniona miłość znikają, zastąpione ciągłym niepokojem i strachem o życie swoje i brata. Dręczą ją niepokojące sny, prześladują przedziwne istoty. Meghan uparcie dąży do celu, wiedząc, że nie tylko jej los został postawiony na szali. Nie jest wyszkoloną zabójczynią ani złodziejką. Nie zna nawet podstaw karate. Różni się od wielu bohaterek, które od dziecka należą do jakichś niesamowitych organizacji. Zostaje rzucona na głęboką wodę i z drobną pomocą musi walczyć o pozostanie na powierzchni. Podoba mi się to, że nie tonie.
 Wątek miłosny jest dosyć widoczny, choć skomplikowany przez wszystkie sprawy losu, przynależnośi i tak dalej. Wyjątkowo nie przeszkadza mi, gdyż stanowi ważną rolę w całości. Ash jest jednym z moich ulubionych bohaterów, intryguje mnie jego zbudowana osobowość. Owiewa go mgła tajemnicy i warstwa chłodu, dzięki którym nie mamy do czynienia z wyrośniętym chłoptasiem, ale mężczyzną, który widział i spowodował zbyt wiele. Pani Kagawa zastosowała kontrast, zestawiając ze sobą Asha i Pucka - zimę i lato, dwa kompletne przeciwieństwa, wbrew pozorom bardzo ze sobą związane. Stająca między nimi Meghan jeszcze bardziej uwydatnia zawart między nimi konflikt, który zastanawiał mnie od samego początku. Karty tej książki kryją wiele tajemnic.
 Jest jeszcze Grimalkin, w którym zakochałam się beznadziejnie i nieodwracalnie. Jego sarkazm, stoicki spokój i intelekt sprawiały, że niektóre wypowiedzi czytałam po kilkanaście razy. 
 Żeby ocenić tę książkę nie można przeczytać tylko pierwszego tomu. Obowiązkowo trzeba zajrzeć do reszty, zwłaszcza do Żelaznego Rycerza, w którym rozwianych zostaje najwięcej sekretów i zagadek dotyczących samego Asha. Seria Żelanego Dworu to nie należy do popularnych, nie znam nikogo poza mną, kto by ją przeczytał. Nie gościła na półkach w moim lokalnym Empiku. Dziwi mnie to, biorąc pod uwagę tytuły, które znajdują się obecnie na listach bestsellerów. Nie twierdzę, że kryje się za nią specjalny przekaz czy szkoła życia. Zafascynowała mnie sama  historia. Ewolucję bohaterów obserwuje się lepiej niż Simsy. A styl pisania Julie Kagawy bardzo przypadł mi do gustu. Ta pozycja podnosi wymagania w kategorii książek o Fae. 

P.S. Zwiastun niespecjalnie mi się podoba i nie wyjaśnia właściwie nic, ale wstawiam żeby był;)





środa, 11 lutego 2015

Pistolet pod krynoliną


"Drapieżniki nie kochają swoich ofiar."
Małe, niepozorne, czasem nieco złośliwe wróżki. 
Tak myślą wszyscy.
Złe, podstępne, żądne krwi potwory.
To wie o nich Aileana. 
Mimo to nie może przeciwstawić się swojemu przeznaczeniu. Musi je tropić i zabijać, żeby one nie zrobiły tego z tymi, których kocha.
Nigdy więcej.
Bo co jest lepszą motywacją niż tragiczna śmierć najbliższej osoby na oczach dziecka?
Pod jej sukienką kryje się pistolet. W jej sercu pragnienie zemsty i odwaga, która zostanie wystawiona na próbę. Teraz musi zdecydować, jak daleko posunie się, by pomścić jedną śmierć, nie doprowadzając do kolejnych. A czy mówiłam już, że fae są podstępne?

"Tha mi duilich aur do shon."
Zawsze ciągnęło mnie do książek o fae. Po tym, jak przeczytałam "Żelaznego Króla", nie mogłam oderwać się od ich tematyki. Myślałam też, że żadna książka oparta na celtyckich legendach nie spodoba mi się tak bardzo jak ta autorstwa Julie Kagawy.
Pani Elizabeth May otworzyła mi oczy, przedstawiając własną, zupełnie nową wersję w zasadzie tej samej "bajki".
 Polubiłam postać Kiarana, mrocznego, zimnego nauczyciela Aileany. Jest tajemniczy, skryty i gra ważną rolę w całej historii. (z naciskiem na słowo historia. To musi coś znaczyć, biorąc pod uwagę fakt jego nieśmiertelności.) Ale to nie jedyny aspekt, który przypadł mi do gustu.
 Zostajemy wplątani w kłębek tajemnic i powikłań, nie dających nam zmrużyć oka, zaprzątających myśli w najmniej odpowiednich momentach (na przykład na kolacji ze znajomymi, którzy pytają, jak się macie, a Wy w odpowiedzi krzyczycie: "Wiedziałam!" lub nie reagujecie w ogóle.)
 Jak wszystkie do tej pory recenzowane przeze mnie pozycje, ta również zawiera wątek miłosny tak przezroczysty, że prawie niewidoczny. Pojawia się również element niezachwianej przyjaźni, który zawsze bardzo sobie cenię.
 To jedna z tych książek, w których szukam ukrytego epilogu albo zastanawiam się, czy dostałam wybrakowany egzemplarz, gorączkowo przerzucając ostatnie strony.
A drugi tom we wrześniu... Osobom niecierpliwym bądź o słabych nerwach polecam czekać na wydanie reszty serii :)

P.S. Oczywiście zapraszam na trailer :)
A, jeszcze jedno. W Polsce nie znajdziecie "The Falconer" nawet na dziale zagranicznym. Ale polecam ksiągarnie Waterstones, za rozsądną cenę z przyjemnością przetransportują upragnione książki do Polski :)

wtorek, 10 lutego 2015

Czerwona jak krew - czyli dlaczego Luck nie śpi po nocach


"Każdy może być zdradzony przez każdego"
 Życie w tym królestwie jest proste. Albo jest się Czerwonym, albo jest się Srebrnym. Albo jest się żałosnym szczurem z marginesu społecznego, albo opływa się w luksusach.
Chyba że jest się Mare Molly Barrow. 
Ona niczego już nie jest pewna. Odarta z dawnego życia zostaje zmuszona do zaręcznyn z młodszym księciem, wmanipulowana w świat pełen intryg, oszustw i kłamstw, wciągnięta w grę, która nie ma zasad, z której nikt nie może wyjść żywy. W której każde, nawet najmniejsze potknięcie oznacza śmierć. Powolną i bolesną.
Czerwona mieszkanka lokalnej wsi. Członkini Szkarłatnej Straży. Narzeczona księcia. Dziewczyna o niezwykłych możliwościach, których nie powinna posiadać.
Nazywajcie ją jak chcecie. Jej i tak jest wszystko jedno. Została złamana. Zdradzona. Zniszczona.
Ale nie przestanie walczyć. O, nie.
Bo kiedy Powstanie, Czerwona Niczym Świt, świat nauczy się jej bać.

"Tak piękny, jaki ten świat jest, jest równie niebezpieczny."
Jest 2.10 w nocy. Skończyłam czytać te książkę 15 minut temu. 10 leżałam zwinięta w kłębek, próbując zrozumieć, co sie właśnie stało. 5 męczyłam przyjaciółkę, rozpaczając nad tym, co przed chwilą przeczytałam. Ostrzegam, że moja opinia może nie być subiektywna.
Ale zacznijmy od początku.
Wyobraźcie sobie, że jesteście na roller-coasterze. Jedziecie sobie spokojnie w górę. Nagle robi się stromo. Macie to dziwne uczucie w brzuchu, kiedy kolejka ciągnie Was w ku niebu, coraz bardziej kusząc grawitację. Na szczycie tory ustawione są całkiem pionowo. Powoli, powoli wjeżdżacie na górkę, przechylacie sie przez krawędź... i lecicie w dół. I w tym momencie odpinają się Wam pasy.
Tak właśnie czułam się, czytając Czerwoną Królową.
Z początku względnie spokojnie, ale cały czas ma się to przeczucie, że zaraz coś się stanie. Później wydarzenia nabierają tempa. Stan jeszcze nie jest krytyczny, ale dzieje sie dużo. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie, nabieramy coraz więcej niepewności, podejrzeń. A potem docieramy do punktu kulminacyjnego, który czytamy pięć razy, bo za pierwszymi czterema uniemożliwił nam to atak hiperwentylacji. A potem jest epilog.
A potem jest koniec i Wielka Depresja.

  A teraz tak na poważnie.
Śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z najlepszych książek dystopijnych, jakie czytałam kiedykolwiek. Albo w ogóle jedna z najlepszych książek. Kiedy to piszę, do polskiej premiery Czerwonej Królowej zostało jeszcze 6 dni, 21 godzin i 37 minut. Miałam czekać aż do moich drzwi zapuka kurier z przedpremierowo zamówioną książką i przeczytać ją dopiero 18 lutego.
Nie wytrzymałam.
Winę zrzucam na excerpt, który przeczytałam znacznie wcześniej. Pozostawił mnie w głębokiej niepewności, z którą musiałam żyć aż do premiery. 
 Główna bohaterka jest jedną z tych silnych. Mocnych. Walecznych. Nie chce ukłonić sie królowi, którego nie uznaje jako swojego władcy. Nie chce poślubić księcia, którego nawet nie zna. Nie chce dać się zabić.
Jest jedną z takich bohaterek, na których wzoruję moje własne. I z których sama chcę brać przykład.
 Wątek miłosny jest nikły i mimo tak ostatnio popularnego trójkąta nie przysłania całej reszty, jak to bywa w niektórych książkach. Gra za to wielką rolę w rozwiązaniu całej akcji, stanowiącym największą chyba niespodziankę w tym tomie.
 Tak naprawdę to jedna z trudniejszych recenzji, które do tej pory pisałam. Nie wiem, jak ubrać to w słowa tak, żeby nie zdradzić ani jednego z licznych sekretów kryjących się na stronach Czerwonej Królowej, które sprawiły, że serce dudniło mi w piersi, a ręce się trzęsły.
  Polityka. Miłość. Śmierć. Kłamstwa. Manipulacja. To wszystko, przeplecione ze sobą stwarza obraz niebezpiecznego świata, pod wieloma względami tak podobnego do tego, który widzimy za oknem.
Upośledzenia związane z pochodzeniem, sposobem życia, a nawet kolorem krwi. Władza sprawiedliwa tylko dla jednej ze stron, czasem nawet dla nikogo oprócz siebie. To świat, w którym nie liczą się pojedyncze jednostki. To świat, w którym trzeba poświęcić słabych dla dobra ogółu. 
W którym rodzi się fala buntu, równie żywa i skora do działania jak niebezpieczna.
Otwierając Czerwoną Królową, zostajemy wciągnięci w niebezpieczną "zabawę", ciągnącą za sobą setki ofiar. I nawet, jeśli myślicie, że jesteście gotowi i że już nic Was nie zaskoczy - zaufajcie Victorii Aveyard. Nie zawiedzie Was.
~Luck

P.S. Oczywiście podrzucam zwiastun. Bardzo spodobał mi się oryginalny sposób, w jaki został zrobiony. W swojej prostocie wyraża więcej niż tysiąc słów :)
P. P. S. Jest jeszcze piosenka ułożona specjalnie do książki przez... Polaków. Naprawdę warto wczuć się w melodię i wsłuchać się w tekst, bo sprawia, że przechodzą dreszcze :)




Dlaczego warto uważać na balu maturalnym



"Pokrętne dusze zawsze potrafią znaleźć do siebie drogę."
 Główni bohaterowie książki Cecelii Ahernn pt. ,,Na Końcu Teczy” to Rosie Dunne i Alex Steward. Postacie stają się najlepszymi przyjaciółmi, którzy są nierozłączni. Chłopak chcę studiować medycynę, natomiast jego przyjaciółka hotelarstwo. Po wyjeździe Alexa do Bostonu Rosie planuje wyjazd do szkoły hotelarskiej w tym mieście, by częściej spotykać się z przyjacielem. Niestety 
ich plany zupełnie się zmieniają po feralnym wydarzeniu na balu maturalnym.
Od tej pory każde z nich żyje swoim życiem, daleko od siebie, ale nadal mają ze sobą kontakt.
,,Na Końcu Tęczy” to zabawna książka epistolarna, czyli napisana w formie listów, liścików i wszelkich rozmów na czacie. Popularność tego stylu jest rzadko spotykana od XIX wieku od czasów wprowadzenia wszechwiedzącego narratora.

"Rosie
Zawsze źle piszesz wiem. Pisze się WIEM a nie WJEM.

Alex
Pszepraszam, panno idealna. Wjem, jak się pisze wjem."

Uważam, że owa książka jest w stanie trafić w gust każdego, niezależnie od wieku. Idealnie ukazane są problemy osób w różnym przedziale wiekowym, od 7 latka do dorosłej kobiety. Cudowne przejście od tego, czym są ważne sprawy dla dziecka, czy osoby dorosłej np. przyjęcie z okazji 7 urodzin i zaproszenie swojego przyjaciela, z czasem trudność dobrania idealnych ciuchów na imprezę, a w późniejszym czasie i wyprowadzka od rodziców czy znalezienie dobrze płatnej pracy.  Trzeba potwierdzić, że te wszystkie problemy sprawiają nam wielką trudność gdy jesteśmy w odpowiednim wieku. Sami bohaterowie przyznają, że dwie matematyki od rana nie są dla nich tak problematyczne, kiedy wreszcie dorośli i mają na głowie inne problemy. Ta książka potrafi wyczulić dorosłych na potrzeby dziecka, a także pomaga je zrozumieć.
 Daje nam szansę zauważyć, jak wiele rzeczy może wydarzyć się w naszym życiu, kiedy nie potrafimy zdobyć się na odwagę, by powiedzieć drugiej osobie o naszych uczuciach. Alex i Rosie są w sobie zakochani, lecz żadne z nich nie chce powiedzieć tego drugiej stronie w obawie przed rozpadem ich przyjaźni. Uważacie, że każda przyjaźń może przetrwać kilkuletnią rozłąkę?
Ja sądzę, że nie każda, choć idealnymi przykładami są na to Alex z Rosie (oraz Wasze dwie kochane adminki… nie widziałyśmy się od kilku lat, mieszkamy po przeciwnych stronach Polski, jednak nadal utrzymujemy kontakt!).

"Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."
Po przeczytaniu tej książki zrozumiałam wiele rzeczy. Wiem teraz, jak wielką rolę w życiu odgrywają przyjaźń, miłość i marzenia. Tak jak Rosie nie powinniśmy rezygnować z marzeń i zawsze dążyć do wyznaczonych przez siebie celów od początku do końca!
 Bardzo zachęcam wszystkich do przeczytania tej książki, gdyż podczas jej czytania śmiałam się i płakałam nie raz! I pamiętajcie, po jednym płukaniu żołądka nie trzeba rezygnować z alkoholu!
~Just Helondale

P.S. Mowa tu o książce, którą możecie znać pod tytułem "Love, Rosie" ze względu na jej zmieniony po wpuszczeniu do kin ekranizacji tytuł. Ale ponieważ jesteśmy wrogami takich sytuacji, postanowiłyśmy trzymać się pierwotnej wersji tej książki, z pierwotną wersją okładki. 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Zmechanizowany Kopciuszek


"Zabrały jej piękne suknie, ubrały ją w siary zszarzały fartuch, a na nogi włożyły chodaki."
Śruba w kostce Cinder przerdzewiała, a wyryty w główce krzyżyk starł się do postaci nierównego lejka. Dłonie bolały ją od wciskania śrubokręta w staw, kiedy jeden zgrzytliwy obrót po drugim męczyła się nad poluzowaniem śruby. Gdy w końcu zdołała wykręcić ją na tyle, by móc ją wyjąć do końca metalową protezą dłoni, gwint był zupełnie gładki.
Normalny dzień z życia Cinder. Siedzi przy swoim straganie, po łokcie uwalana w smarze, siłując się z którąś ze zautomatyzowanych części swojego ciała. Do czasu.
Bo pewnego dnia zostaje jej zlecona naprawa androida należącego do rodziny królewskiej. Tuż potem widzi, jak kobieta, która codziennie kusiła ja zapachem słodkich bułeczek robionych w swojej piekarni niedaleko stoiska Cinder, zapada na letumosis.
Jeszcze nikt nie wyszedł z tego cało. A żeby się zarazić, wystarczy przebywać koło nosiciela przez kilka sekund.
Tymczasem w pałacu cesarz również przechodzi czwarte, ostatnie stadium nieuleczalnej choroby. Jego młody syn ma zostać obarczony władzą nad całą Wspólnotą Wschodnią.
Intrygi, spiski i bezlitosna polityka to zbyt wielki ciężar dla osiemnastolatka. Zwłaszcza w kraju, któremu grozi wojna. I tylko Kai może jej zapobiec, podejmując decyzję, która sprawi, że jego życie legnie w gruzach.
Karoca z dyni, pantofelki i myszki to przeszłość. Tutaj nie ma dobrej wróżki, gotowej uratować wszystkich przez złym zakończeniem. Jest Cinder. Jest Kai. Jest mnóstwo problemów, którym muszą stawić czoła sami. A każde potknięcie oznacza wojnę.

"Nie mogę pozwolić ci pójść z nami! Nie masz strojnych sukien i nie potrafisz tańczyć! Przyniosłabyś nam wstyd!"
 Znacie tę sytuację, gdy główna bohaterka, na co dzień szara myszka przeciętnej urody w pewnym monecie ubiera suknię, zadziwiając wszystkich i sprawiając, że ich ukochany prawie mdleje z zachwytu?
Taaa. W Cinder tego nie znajdziecie.
Kiedy postanawia wybrać się na bal (na który nie miała i nie ma najmniejszego zamiaru iść), ochlapuje sukienkę błotem, brudzi rękawiczki smarem, rozbija samochód o drzewo i stoi na deszczu wystarczająco długo, by jej włosy można było wykręcać z wody.
To właśnie Cinder. W sytuacji balu, który normalnie jest wielkim momentem przełomu dla rozkwitającego w książce romansu jest dokładnie taka sama, jak w swoim warsztacie.
To właśnie w niej lubię. Można powiedzieć, że wiele jest bohaterek takich jak ona; upartych, stanowczych, buntowniczych, które wiedzą, czego chcą. A jednak jest w niej coś, co odróżnia ją od reszty. I nie mówię tu o metalowej nodze czy dłoni.
Zdecydowany plus dla mnie to bardzo nikły wątek miłosny, praktycznie nieobecny w całym pierwszym tomie. W zasadzie, więcej czasu poświęcono tam polityce i konfliktom, w jakie zaangażowany został Kai. Nie jest jej jednak zbyt dużo, nie przytłacza nadmiarem ani powagą.
Fani akcji się cieszą, fani romansu - niekoniecznie.
Mogę jednak zapewnić i jednych, i drugich, że spodoba im się mimo indywidualnych preferencji.
Sama podchodziłam do Cinder nieco sceptycznie. Miałam ją czytać chyba z 3 razy, ale za każdym razem kończyło się na opisie. Nie pociągała mnie. Po pewnym czasie stwierdziłam, że w ogóle jej nie przeczytam.
Tymczasem jest 23.10, a ja piszę recenzję po całym dniu płaszczenia tyłka nad książką i kubkiem herbaty. Niewiele ostatnio było książek, które pochłonęłam w jeden dzień. To pokazuje, w jak wielkim błędzie byłam, oceniając ją po tyle okładki.
Oficjalnie oznajmiam, że już nie będę tego robić. Od tej pory czytam grzecznie cały pierwszy rozdział  Ale w przypadku Cinder, po pierwszym rozdziale się nie oderwiecie :)
~Luck

P.S. Przepraszam za długą nieobecność. Zwalam ją na ferię i własne lenistwo. Obiecuję, że się poprawię i zmotywuję Just do działania :) Dorzucam zwiastun. Enjoy :)