"Zabrały jej piękne suknie, ubrały ją w siary zszarzały fartuch, a na nogi włożyły chodaki."
Śruba w kostce Cinder przerdzewiała, a wyryty w główce krzyżyk starł się do postaci nierównego lejka. Dłonie bolały ją od wciskania śrubokręta w staw, kiedy jeden zgrzytliwy obrót po drugim męczyła się nad poluzowaniem śruby. Gdy w końcu zdołała wykręcić ją na tyle, by móc ją wyjąć do końca metalową protezą dłoni, gwint był zupełnie gładki.
Normalny dzień z życia Cinder. Siedzi przy swoim straganie, po łokcie uwalana w smarze, siłując się z którąś ze zautomatyzowanych części swojego ciała. Do czasu.
Bo pewnego dnia zostaje jej zlecona naprawa androida należącego do rodziny królewskiej. Tuż potem widzi, jak kobieta, która codziennie kusiła ja zapachem słodkich bułeczek robionych w swojej piekarni niedaleko stoiska Cinder, zapada na letumosis.
Jeszcze nikt nie wyszedł z tego cało. A żeby się zarazić, wystarczy przebywać koło nosiciela przez kilka sekund.
Tymczasem w pałacu cesarz również przechodzi czwarte, ostatnie stadium nieuleczalnej choroby. Jego młody syn ma zostać obarczony władzą nad całą Wspólnotą Wschodnią.
Intrygi, spiski i bezlitosna polityka to zbyt wielki ciężar dla osiemnastolatka. Zwłaszcza w kraju, któremu grozi wojna. I tylko Kai może jej zapobiec, podejmując decyzję, która sprawi, że jego życie legnie w gruzach.
Karoca z dyni, pantofelki i myszki to przeszłość. Tutaj nie ma dobrej wróżki, gotowej uratować wszystkich przez złym zakończeniem. Jest Cinder. Jest Kai. Jest mnóstwo problemów, którym muszą stawić czoła sami. A każde potknięcie oznacza wojnę.
"Nie mogę pozwolić ci pójść z nami! Nie masz strojnych sukien i nie potrafisz tańczyć! Przyniosłabyś nam wstyd!"
Znacie tę sytuację, gdy główna bohaterka, na co dzień szara myszka przeciętnej urody w pewnym monecie ubiera suknię, zadziwiając wszystkich i sprawiając, że ich ukochany prawie mdleje z zachwytu?
Taaa. W Cinder tego nie znajdziecie.
Kiedy postanawia wybrać się na bal (na który nie miała i nie ma najmniejszego zamiaru iść), ochlapuje sukienkę błotem, brudzi rękawiczki smarem, rozbija samochód o drzewo i stoi na deszczu wystarczająco długo, by jej włosy można było wykręcać z wody.
To właśnie Cinder. W sytuacji balu, który normalnie jest wielkim momentem przełomu dla rozkwitającego w książce romansu jest dokładnie taka sama, jak w swoim warsztacie.
To właśnie w niej lubię. Można powiedzieć, że wiele jest bohaterek takich jak ona; upartych, stanowczych, buntowniczych, które wiedzą, czego chcą. A jednak jest w niej coś, co odróżnia ją od reszty. I nie mówię tu o metalowej nodze czy dłoni.
Zdecydowany plus dla mnie to bardzo nikły wątek miłosny, praktycznie nieobecny w całym pierwszym tomie. W zasadzie, więcej czasu poświęcono tam polityce i konfliktom, w jakie zaangażowany został Kai. Nie jest jej jednak zbyt dużo, nie przytłacza nadmiarem ani powagą.
Fani akcji się cieszą, fani romansu - niekoniecznie.
Mogę jednak zapewnić i jednych, i drugich, że spodoba im się mimo indywidualnych preferencji.
Sama podchodziłam do Cinder nieco sceptycznie. Miałam ją czytać chyba z 3 razy, ale za każdym razem kończyło się na opisie. Nie pociągała mnie. Po pewnym czasie stwierdziłam, że w ogóle jej nie przeczytam.
Tymczasem jest 23.10, a ja piszę recenzję po całym dniu płaszczenia tyłka nad książką i kubkiem herbaty. Niewiele ostatnio było książek, które pochłonęłam w jeden dzień. To pokazuje, w jak wielkim błędzie byłam, oceniając ją po tyle okładki.
Oficjalnie oznajmiam, że już nie będę tego robić. Od tej pory czytam grzecznie cały pierwszy rozdział Ale w przypadku Cinder, po pierwszym rozdziale się nie oderwiecie :)
~Luck
P.S. Przepraszam za długą nieobecność. Zwalam ją na ferię i własne lenistwo. Obiecuję, że się poprawię i zmotywuję Just do działania :) Dorzucam zwiastun. Enjoy :)


0 komentarze:
Prześlij komentarz